nie ma czasu na zastanowienie, ktora droga isc;
cma niespodziewane przemienila sie w motyla, w sloneczny dzien, nagle, jego delikatne skrzydla musnely moja reke, to moment, gdy zrozumialam, ze cos zmienilo sie nieodwracalnie, ze odeszlo, prawdopodobnie na zawsze.
idac ulicami, marze by byc gdzies calkiem indziej; w srodku nocy spakowac torbe i uciec; to miasto mnie zabija, niszczy, to miasto nie jest moim miastem, nie jestem moim domem, choc czasem wieczorne niebo otula mnie szczelnie zapachem nadchodzacego lata i pojawia sie ulotna mysl, ze jestem szczesliwa. czy sa jakies granice, czy czlowiek w pewnym momencie potrafi nasycic sie tym co posiada, badz czerpac radosc z faktu, ze po prostu jest, egzystuje, dostal szanse w postaci zycia. czy zachlannosc jest nieodlaczna ludzka cecha, by zawsze chciec wiecej i wiecej, nie widzac umiaru. noce sa krotkie, nie pamietam, choc nie wyrzekam sie czasow, gdy bylo inaczej.
potrzebuje samotnosci, by zastanowic sie, czy wlasciwie wciaz poznaje w lustrze swoja twarz.
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz