ciezko dopasowac elementy, gdy wciaz brakuje najwazniejszego.
usilne starania, by wypelnic pustke, odnalezc cos, co bedzie w stanie zastapic zagubiona czesc, doprowadzaja do obledu;
wieczne poszukiwania, calkowite zaslepienie, prowadzace do izolowania od zewnetrznego swiata, podporzadkowywanie zycia, czemus co stalo sie w pewnym sensie misja, lub w gorszym wypadku po prostu obsesja.
w efekcie okazuje sie, ze obraz calosci nosilam w sobie dawno, kilka odpowiedzi by sytuacja stala sie klarowna, a niedopowiedzenia przestaly dreczyc i burzyc spokoj.
trudno jest przetrwac koniec swiata, trudno jest nadstawiac policzek, i isc przed siebie z podniesiona glowa, choc niejednokrotnie przypominalo to wznoszenie sie z kleczek.
reka wyciagana z prosba o pomoc, za kazdym razem zostawala deptana;
spacerujac ulicami i wdychajac mietowy zapach powietrza, szukalam bezustannie wlasciwej sciezki; probujac zostawic zle mysli miedzy starymi kamiennicami, miedzy mijanymi mnie ludzmi, miedzy drzewami.
nielatwo uciekac od samej siebie, nielatwo wyrzec sie czegos, co w pewnym momencie stalo sie nieodlaczna czescia; czegos, co czulo sie gleboko, pod skora.
nie ma sensu uciekac przed zmianami;
starania by ich unikac prowadza do pograzania w czyms co i tak dawno juz uleglo zmianie.
gdy zostaje sie z niczym, jest to szansa by zyskac cos innego; cos byc moze duzo bardziej wartosciowego.
czwartek, 31 grudnia 2009
środa, 30 grudnia 2009
dzis nie swieci nawet ksiezyc;
galezie drzew tak piekne bez lisci, przypominaja tamte dawne noce, gdy wszystko bylo tak swieze i nieskazitelne;
gdy wszystko, nawet krew, smakowalo slodko; wszystko tak nieznane i piekne.
wiele czasu musialo uplynac, bym dostrzegla pewne sprawy w innym swietle; bym potrafila odnalezc brakujace elementy, choc czasem, przechodzi mnie dreszcz, na wspomnienie drogi, ktora szlam,
gdy bolaly mnie kolana, i opadalam z sil.
galezie drzew tak piekne bez lisci, przypominaja tamte dawne noce, gdy wszystko bylo tak swieze i nieskazitelne;
gdy wszystko, nawet krew, smakowalo slodko; wszystko tak nieznane i piekne.
wiele czasu musialo uplynac, bym dostrzegla pewne sprawy w innym swietle; bym potrafila odnalezc brakujace elementy, choc czasem, przechodzi mnie dreszcz, na wspomnienie drogi, ktora szlam,
gdy bolaly mnie kolana, i opadalam z sil.
niedziela, 13 grudnia 2009
===========
po co to wszystko, caly ten rok, by po raz kolejny zrozumiec, ze szczescie to cos, co przytrafia sie tylko komu innemu.
przegralam milion razy; to wszystko bylo nie warte;
funkcjonuje, wlasciwie nie zyjac, od dawna;
i tylko gdy zasypiam, wszystko znika i przez chwile mam nadzieje, ze gdy sie obudze, okaze sie, ze jest zupelnie inaczej.
ze to bylo tylko zlym snem;
i ze mam po co wstac.
przegralam milion razy; to wszystko bylo nie warte;
funkcjonuje, wlasciwie nie zyjac, od dawna;
i tylko gdy zasypiam, wszystko znika i przez chwile mam nadzieje, ze gdy sie obudze, okaze sie, ze jest zupelnie inaczej.
ze to bylo tylko zlym snem;
i ze mam po co wstac.
sobota, 12 grudnia 2009
---
ty kurwo, mowi. i przeciez ma racje, tez tak uwazam, tez tak sadze;
wydaje mi sie ze oszaleje, ze strace panowanie, ze nie bede mogla wytrzymac juz dluzej, ze po prostu wybiegne z domu i rzuce sie pod samochod, by juz tego nie czuc, bym przestala umierac, by nastapil koniec nieustajacego strachu; nawet nie strachu, paniki, drapie kolana do krwi i mowie sobie ze to nic, ze nic sie nie stanie;
czasem trace sily calkowicie; jestem calkowicie bezsilna, nie moge zrobic absolutnie nic, moge tylko blagac o szybki koniec tej meki, ale blagania zostaja rowniez bez odpowiedzi;
to pragnienie, by nie byc juz soba, by byc kims innym, zyc jakims lepszym zyciem; spacerowac, smiac, tanczyc, pic wino z przyjaciolmi,
kochac calym sercem i byc kochana;
nikt nie jest w stanie zrozumiec, co czuje, dlaczego postepuje tak a nie inaczej;
nikt nie widzi ze jestem zagubiona, calkowicie, zatracona w swiecie ktory zmienil mnie w kogos, kogo nienawidze, kiedy patrzac w lustro chcialabym widziec calkiem inna twarz, budzac sie rano, myslec o zupelnie czym innym;
chcialabym stac sie wytworem swojej wyobrazni, nie analizowac, nie roztrzasac;
staram sie nie zalic, staram usprawiedliwiac, ale nie moge, po prostu nie moge, zbyt dlugo trwa owy stan,
zbyt dlugo cierpie probujac odnalezc w tym jakis sens;
jakbym wierzyla, ze dzieje sie to po cos, ze ktoregos dnia po prostu slonce zaswieci wprost nad moja glowa, a wszystko stanie sie latwe i przyjemne; wszelkie zmartwienia stana zaledwie pylem, ktory bez wysilku zdmuchne.
ze to jest ciezka droga, ktora ostatecznie zaprowadzi do miejsca, gdzie bede mogla nazwac sie szczesliwa z cala pewnoscia.
to naprawde niesprawiedliwe.
wydaje mi sie ze oszaleje, ze strace panowanie, ze nie bede mogla wytrzymac juz dluzej, ze po prostu wybiegne z domu i rzuce sie pod samochod, by juz tego nie czuc, bym przestala umierac, by nastapil koniec nieustajacego strachu; nawet nie strachu, paniki, drapie kolana do krwi i mowie sobie ze to nic, ze nic sie nie stanie;
czasem trace sily calkowicie; jestem calkowicie bezsilna, nie moge zrobic absolutnie nic, moge tylko blagac o szybki koniec tej meki, ale blagania zostaja rowniez bez odpowiedzi;
to pragnienie, by nie byc juz soba, by byc kims innym, zyc jakims lepszym zyciem; spacerowac, smiac, tanczyc, pic wino z przyjaciolmi,
kochac calym sercem i byc kochana;
nikt nie jest w stanie zrozumiec, co czuje, dlaczego postepuje tak a nie inaczej;
nikt nie widzi ze jestem zagubiona, calkowicie, zatracona w swiecie ktory zmienil mnie w kogos, kogo nienawidze, kiedy patrzac w lustro chcialabym widziec calkiem inna twarz, budzac sie rano, myslec o zupelnie czym innym;
chcialabym stac sie wytworem swojej wyobrazni, nie analizowac, nie roztrzasac;
staram sie nie zalic, staram usprawiedliwiac, ale nie moge, po prostu nie moge, zbyt dlugo trwa owy stan,
zbyt dlugo cierpie probujac odnalezc w tym jakis sens;
jakbym wierzyla, ze dzieje sie to po cos, ze ktoregos dnia po prostu slonce zaswieci wprost nad moja glowa, a wszystko stanie sie latwe i przyjemne; wszelkie zmartwienia stana zaledwie pylem, ktory bez wysilku zdmuchne.
ze to jest ciezka droga, ktora ostatecznie zaprowadzi do miejsca, gdzie bede mogla nazwac sie szczesliwa z cala pewnoscia.
to naprawde niesprawiedliwe.
piątek, 11 grudnia 2009
wtorek, 8 grudnia 2009
*
nikt nigdy tego nie pojmie, nikt nie zrozumie,
wole nie narazac sie na takie ryzyko.
wole to zostawic; trzymac w sekrecie.
wole nie narazac sie na takie ryzyko.
wole to zostawic; trzymac w sekrecie.
-----------------
krwiawia mi kolana, moje stopy sa zimne.
czuje sennosc, a powietrze pachnie waniliowym budyniem; wpatruje sie w male kwadraty okien, swiecacych w oddali, zastanawiajac, czy wszyscy nadal siedza przy stole.
czy moze wstali, chodza po pokoju, biegaja po korytarzu, otwieraja szafe, trzaskaja drzwiami, padaja sobie w ramiona.
moze on ociera jej lzy, choc lepiej, gdyby potrafil im zapobiegac;
czuje skurcze zoladka, nieustannie;
rozmasowuje sobie bolacy kark, sama,
nie uzalam i nie placze;
nie scieram kurzu, rysuje palcem kolka i kreski;
nie mruze powiek, nie wytezam wzroku w nadziei, ze ujrze cos wiecej.
klade sie na lozku, i zasypiam.
czuje sennosc, a powietrze pachnie waniliowym budyniem; wpatruje sie w male kwadraty okien, swiecacych w oddali, zastanawiajac, czy wszyscy nadal siedza przy stole.
czy moze wstali, chodza po pokoju, biegaja po korytarzu, otwieraja szafe, trzaskaja drzwiami, padaja sobie w ramiona.
moze on ociera jej lzy, choc lepiej, gdyby potrafil im zapobiegac;
czuje skurcze zoladka, nieustannie;
rozmasowuje sobie bolacy kark, sama,
nie uzalam i nie placze;
nie scieram kurzu, rysuje palcem kolka i kreski;
nie mruze powiek, nie wytezam wzroku w nadziei, ze ujrze cos wiecej.
klade sie na lozku, i zasypiam.
niedziela, 6 grudnia 2009
---------
czuje sie uwieziona w szklanej kuli; czasem ktos potrzasnie i styropianowe kulki fruwaja dookola;
nie mam slow, a moze mam ich zbyt wiele.
wszystkie platki sniegu sa podobne, ale nie ma dwoch identycznych.
nie bedzie. nigdy.
nie mam slow, a moze mam ich zbyt wiele.
wszystkie platki sniegu sa podobne, ale nie ma dwoch identycznych.
nie bedzie. nigdy.
piątek, 4 grudnia 2009
-----------
jestem naprawde zmeczona, bola mnie oczy i kosci, ciagle dusi w srodku, wszelkie emocje kumuluja i wybucham, nie potrafie sie opanowac, zbyt wiele wszystkiego; zbyt duzo,
nic juz nie widze
wiem za duzo
chcialabym po prostu by te mysli przestaly mnie dreczyc;
chcialabym zyc a nie przezywac.
wszystko bylo nie warte, wszystko tak zalosne i bezcelowe, niepotrebnie uparcie potwarzalam sobie ze to nieprawda
nie chcialam widziec, wolalam udawac, wolalabym by to bylo snem;
by moje wlosy znow byly zaledwie do ramion;
by nie bylo mi niedobrze;
nie chce opisywac tej historii, nie chce dopisywac dalszego ciagu, nie chce skreslac juz napisanych slow, zmieniac, czy ulepszac...
chce postawic ostatnia kropke;
a potem te ksiazke rzucic prosto w ogien;
nic juz nie widze
wiem za duzo
chcialabym po prostu by te mysli przestaly mnie dreczyc;
chcialabym zyc a nie przezywac.
wszystko bylo nie warte, wszystko tak zalosne i bezcelowe, niepotrebnie uparcie potwarzalam sobie ze to nieprawda
nie chcialam widziec, wolalam udawac, wolalabym by to bylo snem;
by moje wlosy znow byly zaledwie do ramion;
by nie bylo mi niedobrze;
nie chce opisywac tej historii, nie chce dopisywac dalszego ciagu, nie chce skreslac juz napisanych slow, zmieniac, czy ulepszac...
chce postawic ostatnia kropke;
a potem te ksiazke rzucic prosto w ogien;
czwartek, 3 grudnia 2009
--------
czas nie stanal w miejscu;
ziemia krecila sie nadal, zegarl tykal, samochody przejezdzaly pod moimi oknami; ptaki odlatywaly na zime do cieplych krajow;
minelo lato, jesien.
minelo tyle dni, godzin, minut, sekund;
tyle pociagow juz odjechalo.
nie ma bladzenia we mgle; nie ma spadajacego deszczu.
platek sniegu stopnial, dawno;
zgubilam oklary, widze niewyraznie, zamazane kontury, kolory ciezkie do odroznienia;
probowalam zapobiec, zgasic iskre, nim wzniecil sie ogien, nim wszystko splonelo
nie ma lekarstwa na nieustajacy bol brzucha
ziemia krecila sie nadal, zegarl tykal, samochody przejezdzaly pod moimi oknami; ptaki odlatywaly na zime do cieplych krajow;
minelo lato, jesien.
minelo tyle dni, godzin, minut, sekund;
tyle pociagow juz odjechalo.
nie ma bladzenia we mgle; nie ma spadajacego deszczu.
platek sniegu stopnial, dawno;
zgubilam oklary, widze niewyraznie, zamazane kontury, kolory ciezkie do odroznienia;
probowalam zapobiec, zgasic iskre, nim wzniecil sie ogien, nim wszystko splonelo
nie ma lekarstwa na nieustajacy bol brzucha
Subskrybuj:
Posty (Atom)