poniedziałek, 28 września 2009

-

nadchodzi ta pora roku, gdy nieustatnnie marzne. wieczory chlodne i spac trzeba przy zamknietym oknie. zmarzniete dlonie i stopy, ciagle. kto tym razem; bedzie tutaj ogrzewajac mnie.

czwartek, 24 września 2009

nothing

ciezko cokolwiek wyrazic slowami; gdy przeszywa bol, glowa ciazy; choc wolalabym jak balonik z helem zielony, co unosi wyzej i wyzej, kiedy lezac na trawie beztrosko smiejemy sie, delektujac kazda chwila.
wszystko uleglo zmianie. czasem nieistotne pozronie, sprawia, ze zmienia sie cale spojrzenie. widzi sie wiecej, nizby sie chcialo. widzi i czuje, ze wszystko to utkane niczym siec pajecza, gdy zostaje ofiara, bez mozliwosci obrony czy ucieczki.
nie mam sil biec, marze by przestac myslec, by jak za dotknieciem magicznej rozdzki zmienic bieg wydarzen.
wiedza w tym przypadku to dodatkowe obciazenie. jak gdyby wszystko dotychczas bylo malo. jakby proba sil, kolejna, chociaz nie mam energii, by zmierzyc sie z tym.
czuje obrzydzenie, pierwszy raz tak mocno. zbyt duzo wmawiania sobie, ze inni sa podobni. ze kieruja sie tymi samymi zasadami. ze mowia prawde.
nic. po prostu nic.

środa, 23 września 2009

17:25
wszystko, od pierwszego słowa. wszystko kłamstwem.
troche pozno.
chyba nie czuje nic

blackout

5:22, nie pamiętam nic z wieczoru dnia poprzedniego.
prócz kilku osób zaczepiających mnie, pytając o godzinę, bądź biorąc za kogoś innego.
nie pamiętam nic, od pewnego momentu;
tylko ból głowy jest dowodem, choć nie wiem; nie pamiętam.
zgubiłam pieniądze, na chodniku; nie wiem gdzie i kiedy.
gdyby istniała możliwość cofniecia się w czasie, chętnie skorzystałabym, jednak raczej o jakieś dobre osiem miesięcy.
gdy wszystko było na swoim miejscu.
i gdy mogłam nazwać się chociaż pozornie szczęśliwą.
"nie czyń drugiemu".
i gdzie WTEDY byli twoi przyjaciele.

----

nic mnie przecież nie boli.

piątek, 18 września 2009

d

czasem słowa piosenek pięknie oddają... wszystko.
choć to bez znaczenia; prowadzę monologi. toczę bitwy. codziennie, w każdej chwili. stoję przed dylematem, nie znając rozwiązania, które byłoby idealnym zakończeniem wewnętrznych konfliktów. nie potrafię znaleźć miejsca, gdzie czułabym się dobrze. gdzie błogo i cicho. i gdzie nie liczyłoby się nic. najpiękniejszy moment gdy zasypiam, rzeczywistość znika, powoli granica między światem realnym, a wytworami wyobraźni zaciera się;
owe historie, które układam każdego wieczoru, pomagają zasnąć, choć czar pryska w momencie przebudzenia; kiedy na nowo zaczyna boleć mnie żołądek.
nie potrafię. myśleć racjonalnie. czy funkcjonować w miarę sprawnie.
bardzo pogubiona. od tamtego dnia. może jeszcze wcześniej?
marzę by usiąść z książką i kubkiem herbaty. proste. choć niemożliwe do zrealizowania.
najgorszym jest, nie znać odpowiedzi, co byłoby pomocnym, co mogłoby doprowadzić do dogłębnego przeanalizowania zaistniałej sytuacji, wyciągnięcia wniosków oraz ostatecznym zamknięciu pewnego rozdziału.
podświadomie czekam, na coś, co pozwoliłoby uwolnić; niestety, przegapiłam odpowiedni moment, postępując wówczas w zgodzie z własnym sumieniem. choć z perspektywy czasu, żałuję. to strasznie smutne, gdy odczuwa się tak wielką bezsilność. nie mogąc zrobić nic, by nie narażać na jeszcze większe straty. masochizmem byłoby działanie, jego brak jest nim również. wyczerpałam wszelkie możliwości.

środa, 9 września 2009

i don't know where my home is

to jedna z nocy, gdy papierosy jeden za drugim spalają się, kilka sekund i tylko popiół; w takich chwilach żałuję, że równie łatwo nie jest spalić za sobą wszystkich mostów, powiązań łączących dziś, z odległym, jednak w pewnym sensie wciąż obecnym kiedyś. marzę by zacząć od nowa, by wyjechać z miejsca, gdzie ciągle czuję się obca; jak tułacz co wiecznie szuka i błądzi, nie mogąc odnaleźć przystani. stan ten trwa nieprzerywanie od kilku miesięcy, ciężko w jakikolwiek sposób zmienić swe spojrzenie, czy choć na kilka minut zapomnieć. te odczucia towarzyszą mi stale, wyobcowanie; brak sentymentu, a może zbyt wiele sentymentów. kilka słów za dużo, a może zbyt mało niewypowiedzianych. czasem siadam na dworcu, obserwując autobusy, pamiętając ostatnią rozmowę, gdy jeszcze potrafiłam. wybaczać i ufać. dziś chciałabym spakować najpotrzebniejsze rzeczy i bez pożegnania, zniknąć. stać anonimową jednostką w tłumie, a później przez brudne szyby obserwować świat, zostawiając bez żalu wszystko, co przyniosło rozczarowanie. taki rodzaj wolności jest w pewnym sensie piękny. choć przykre trochę, nie mieć do czego bądź kogo wracać. wydawało się, że jest inaczej. jednak złudzenia mają to do siebie, że nawet jeśli piękne, pozostają tylko złudzeniami. nie ma już tego mojego bezpiecznego miejsca. nie będzie.

wtorek, 8 września 2009

memories.

dziwne, patrząc wstecz, mijając miejsca, czuć tylko lekkie zdumienie, że przecież wtedy, właśnie tu, życie dobiegło końca. to tak dawno, i nie pamiętałabym, gdyby nie to, że dziś słońce świeciło równie mocno, rano. przeżyłam koniec świata. choć wówczas myślałam, że nie będę w stanie fukcjnować normalnie ani chwili dłużej. to przyjemne uczucie, czuć się w końcu sobą, odrębną niezależną istotą. nauka płynącą na przyszłość jest, by nie angażować się do tego stopnia.
by nie angażować się już nigdy. to jedyny skuteczny sposób, by uniknąć nieporozumień czy komplikacji.
i gdybyśmy znów usiadły na tych huśtawkach, by opowiedzieć o zmianach, jakie zaszły od tamtej pory, nie starczyłoby całej nocy.
choć może zwykł uścisk powiedziałby więcej.
tęsknię, czasem.

czwartek, 3 września 2009

...

chciałabym wiedzieć. za czym tęsknię.