niedziela, 25 października 2009

d

strasznie pokomplikowane, choc wszystko jest jasne;
tylko wielki balgan,
strasznie mi zimno;
czuje sie slaba, chcialabym odrobiny troski;
cieplej herbaty, telefonu o poranku;
by usmiechnac sie tuz po przebudzeniu,
gdy czuje sie, ze ma sie najwazniejsze, a cala reszta, wszystkie problemy kurcza i kurcza,
brakuje mi tego uczucia, uczucia, ze jestem w stanie pokonac kazda przeszkode, ze moge wszystko;
ze mam komu sie zwierzyc, ze zostaje w pelni wysluchana,
ze mam wsparcie,
uczucia, gdy wystarczy sama tylko cudza obecnosc, by stac znow lekka...

piątek, 23 października 2009

.

o jeden raz za duzo;
o jeden raz za malo;

wiem wszystko, wiem juz wszystko wszystko

nie mam juz nic
do stracenia

niedziela, 11 października 2009

szcz

nienawidze tego uczucia, gdy krag sie zamyka. boje sie poruszyc, boje sie zrobic cokolwiek, boje sie, jakbym lawirowala nad przepascia, jak gdyby miejsce, w ktorym stoje bylo zaledwie skrawkiem, jak gdyby kazdy najmniejszy krok byl niebezpiecznym. to sytuacje bez wyjscia, sytuacje bardzo przykre dla mnie, z ktorymi nie potrafie sobie poradzic, nie potrafie wmowic sobie, ze przeciez nic mi nie grozi, ze to wszystko to wytwor wyobrazni, ze dzieje sie to w glowie, choc przeciez nigdy nic zlego, poza owymi myslami, nie mialo miejsca. nienawidze swoich slabosci, strachu, tych negatywnych emocji, gdy z calej sily pragne uciec, biec i biec, nie znajac celu, nie majac bezpiecznego miejsca, nie majac gdzie sie ukryc, nienawidze tego, nienawidze, chcialabym to z siebie wyrzucic, wykrzyczec, chcialabym sie tego pozbyc, nie mam sily, mam wrazenie, ze oszaleje, chociaz przeciez nie, gdyby tak bylo, nie potrafilabym mimo wszystko logicznie myslec, nienawidze tego, dwie tak bardzo sprzeczne emocje, dwa tak bardzo odrebne punkty widzenia, i mimo, ze wiem, ktory jest prawdziwy, i mimo, ze wiem, w co powinnam wierzyc i czego sie trzymac, nie potrafie. to przypomina wmawianie sobie, ze czarne jest w rzeczywistosci biale, to przeciez niezdrowe, to zle, to okropne i mam tego serdecznie dosc. i prosze, prosze, daj mi recepte, dobra rade, z ktorych zadna nie jest naprawde pomocna, mam ochote polozyc sie i czekac, dalej, znecaj sie nade mna, dalej, zabij mnie, pokaz na co cie stac. mam ochote sie po prostu temu poddac, choc poddajac sie temu nie czuje sie odrobine lepiej, nie chce juz biec, nie chce spedzac dni, probujac oszukac sama siebie, swoich mysli, probujac co kilka minut odwracac uwagi, swojej uwagi, od tych zalosnych, wyniszczajacych mnie paranoicznych wizji. i dlaczego, dlaczego ja? czasem siedzac w miescie obserwujac ludzi, nienawidze ich, bo czemu oni moga, a ja nie, czy sa ode mnie lepsi? czy zawinilam, a jesli tak to czym i czemu az tak bardzo, przeciez bylam szczesliwa, mialam plany, marzenia, mialam solidne podstawy, mialam cos waznego, cel i sens, wytyczone cele, wszystko mialo byc proste, bylo proste, nauka, swiat stawal otworem, moglam wszystko; moglam doslownie wszystko. moglam tanczyc nad brzegiem rzeki, moglam siedziec godzinami w lekcyjnej sali, jezdzic tramwajem od zajezdni do zajezdni, gubic sie w miescie, upiac do nieprzytomosci z przyjaciolmi, moglam spiewac z obcymi ludzmi na koncertach, robic tysiace zdjec, moglam wszystko! zmarnowalam szanse? a moze wcale jej nie dostalam, moze temu nie dalo sie zapobiec, moze to przeznaczenie, moze tak musialo byc, tylko dlaczego, dlaczego nie moze byc to ktos inny. dlaczego nie ktos, kto nie potrafi docenic, czym jest zdrowie, jak wspaniala rzecza jest zwyczajny spacer, dlaczego nikt tego nie docenia, zmeczeni zyciem, problemami, ktorych zazdroszcze, zmeczeni, przepracowani, to tak cholernie niesprawiedliwe. i chocby nie wiem jak starala, nie potrafie wrocic do punktu myslenia sprzed dwoch lat, nie potrafie tak mocno jak wtedy uwierzyc, ze bedzie dobrze, ze przeciez mam po co i dla kogo. bo teraz jest to wazne tylko dla mnie, az dla mnie. zdecydowanie latwiej bylo walczyc, gdy komus zalezalo. nawet nie placze, godze sie z tym gownianym losem. godze sie, jesli ja nie moge byc zdrowa, moze w zamian, moze ktos. moze ktos lepiej to wykorzysta. ja nie potafie.

piątek, 9 października 2009

=

nie moge, nie potrafie tak.
pojde na stacje po papierosy, bede palic i palic i plakac, nad tym wszystkim co gdzies ucieklo, miedzy jednym "spierdalaj", a drugim.
miedzy tymi slowami. wszystko jest nieodwracalne. a nawet jesli, to to juz nie bedzie to samo, to tylko jakis substytut, cos nowego, jakis zlepek starych uczuc, nie bedzie smakowac tak cudownie i dobrze.
jestem tak strasznie zmeczona. chce byc zdrowa. chce byc zdrowa. chce byc zdrowa. chce isc nad warte, z aparatem. fotografowac mewy. wchodzic na drzewa. tanczyc przy brzegu.
czuje obrecz gdzies na wysokosci klatki piersiowej. czuje sie zle. czuje sie zle od dwoch lat.

wtorek, 6 października 2009

....

nienawidze tego uczucia. chcialabym bardzo ostatecznie wyzbyc sie owego strachu. irrocjanalnego. gdy niczym obezwladniona przestaje logicznie myslec, a wszystko to jakies bledne kolo; podszepty swiadomosci, nie chce ich sluchac, nie chce tego wiecej, choc gdy momentami jest dobrze, nie umiem sie odnalezc, czekam by to wrocilo. czekam na cierpienie, to chore, to glupie, zalosne.
trzeba dac sobie szanse na szczescie, sprobowac, czegos. innego. czegos co smakuje inaczej. zupelnie inaczej. i nie mowic sobie, ze nie da sie niektorych rzeczy zastapic.

d

czasem za pozno, choc moze to odpowiedni moment,
nie wiem czy jest mi zal, chyba nie bardzo.
chyba bardzo mi juz to wszystko obojetne. czasem takie straszne mysli dopadaja, gdzies miedzy snem a jawa, czasem brakuje kilku centymetrow, wyciagam reke, w ostatniej chwili rezygnujac.
nie wiem czy tesknie, za wami.

sobota, 3 października 2009

d

pieprze to wszystko, nie staram sie, nie zabiegam, nie walcze. "nie mam czasu". nigdy. nic zlego sie nie dzieje. tobie.
przyjdz do mnie, potrzebujac rady, slow otuchy. przyjdz do mnie, by mi sie zwierzac. wykorzystaj i wyssaj wszystko co dobre.
film sie skonczyl. napisy koncowe. rozjebalam telefon, rzucilam o sciane, pierdole to, pierdole cisze, kiedy potrzebuje krzyczec.
pierdole wszystko to, te chwile, wspolne, kiedy myslalam, ze to ma znaczenie dla nas. choc mialo tylko dla mnie.
szczytem naiwnosci jest przywiazywac sie do ludzi. ufac im.
pierdole to. przyjaznie na zawsze, trawjace dziesiec sekund. pierdole slowa 'na zawsze' i 'nigdy'.
ja nie rzucam na wiatr.
pierdole to wszystko juz.

i nie, kurwa nie odzywaj sie do mnie, gdy bedziesz czegos potrzebowac.
pierdole cie.

czwartek, 1 października 2009

-

to nie mialo miejsca. to tylko wyobraznia.
zastalam pustke.
wiatr rozwiewal mi wlosy, zmarzniete dlonie schowalam do kieszeni.
"on nie byl toba".
przykro mi.
moze wcale nie jest.
nie pamietam wiele. amnezja.
jedynie owe dni kiedy zylismy tak intensywnie, gdy kazde nasze slowo czy gest mialo znaczenie.
nie odczuwam swiadomej tesknoty.
sny pobudzaja zmysly.
dawno juz nie patrzylam przez okno.
dawno.