środa, 9 września 2009
i don't know where my home is
to jedna z nocy, gdy papierosy jeden za drugim spalają się, kilka sekund i tylko popiół; w takich chwilach żałuję, że równie łatwo nie jest spalić za sobą wszystkich mostów, powiązań łączących dziś, z odległym, jednak w pewnym sensie wciąż obecnym kiedyś. marzę by zacząć od nowa, by wyjechać z miejsca, gdzie ciągle czuję się obca; jak tułacz co wiecznie szuka i błądzi, nie mogąc odnaleźć przystani. stan ten trwa nieprzerywanie od kilku miesięcy, ciężko w jakikolwiek sposób zmienić swe spojrzenie, czy choć na kilka minut zapomnieć. te odczucia towarzyszą mi stale, wyobcowanie; brak sentymentu, a może zbyt wiele sentymentów. kilka słów za dużo, a może zbyt mało niewypowiedzianych. czasem siadam na dworcu, obserwując autobusy, pamiętając ostatnią rozmowę, gdy jeszcze potrafiłam. wybaczać i ufać. dziś chciałabym spakować najpotrzebniejsze rzeczy i bez pożegnania, zniknąć. stać anonimową jednostką w tłumie, a później przez brudne szyby obserwować świat, zostawiając bez żalu wszystko, co przyniosło rozczarowanie. taki rodzaj wolności jest w pewnym sensie piękny. choć przykre trochę, nie mieć do czego bądź kogo wracać. wydawało się, że jest inaczej. jednak złudzenia mają to do siebie, że nawet jeśli piękne, pozostają tylko złudzeniami. nie ma już tego mojego bezpiecznego miejsca. nie będzie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz